Brian Aldiss        Cieplarnia

    . 18 .    

   Stali, trzymaj�c si� za r�ce, i Gren pr�bowa� niesk�adnie opowiedzie� jej o swoich przygodach w grocie.

    - Ciesz� si�, �e wr�ci�e� - powiedzia�a �agodnie. Potrz�sn�� swoj� niepoprawn� g�ow�, my�l�c o tym, jak pi�kna i dziwna by�a owa przygoda. Ogarn�o go znu�enie i przera�enie na my�l, �e musz� znowu wyp�yn�� w morze, a jednak nie ulega�o w�tpliwo�ci, �e nie mog� pozosta� na wyspie.

    - No, to w drog� - zakomenderowa� smardz we wn�trzu jego czaszki. - Jeste� rozlaz�y jak brzunio - brzuch.

   Gren obr�ci� si� i powoli, ci�kimi krokami, ruszy� pla�� w powrotn� drog�, nie wypuszczaj�c d�oni Yattmur. Zacz�� d�� ch�odny wiatr i pogna� deszcz w morze. Czterej brzunio - brzucho - ludzie t�oczyli si� tam, gdzie przykaza� im czeka�. Na widok Grena i Yattmur padli w samoponi�eniu na piasek.

    - Dajcie spok�j - powiedzia� Gren ponuro. - Wszystkich nas czeka robota i wy zrobicie swoj� cz��.

   Klapsami w t�uste po�ladki pop�dzi� ich przed sob� do �odzi. Wiatr d�� nad oceanem, rze�ki i ostry jak szk�o. Unosz�cym si� hen w g�rze przypadkowym trawerserom ��d� z sze�ciorgiem pasa�er�w jawi�a si� jako nic nie znacz�ca dryfuj�ca k�oda. Byli ju� daleko od wyspy wysokiej ska�y. Z prowizorycznego masztu zwisa� �agiel z wielkich, prymitywnie pozszywanych li�ci, lecz przeciwne wiatry dawno ju� go podar�y, czyni�c bezu�ytecznym. W rezultacie statek porusza� si� teraz bez kontroli i silny ciep�y pr�d unosi� go na wsch�d. W czasie tego dryfowania ludzie zale�nie od usposobienia spogl�dali z apati� b�d� z l�kiem. Odk�d odp�yn�li z wyspy wysokiej ska�y, jedli kilka razy i wiele razy zapadali w sen. Gdyby tylko zechcieli podziwia� widoki, mieliby na co patrze�. Po lewej burcie ci�gn�a si� d�uga linia brzegu, z tej odleg�o�ci prezentuj�ca jednolit� �cian� lasu na skalistym pod�o�u. Krajobraz nie zmienia� si� w czasie niezliczonych wacht; kiedy w g��bi l�du rysowa�y si� wzg�rza, co zdarza�o si� coraz cz�ciej, one r�wnie� by�y pokryte lasem. Mi�dzy wybrze�em a �odzi� pojawia�y si� od czasu do czasu niewielkie wysepki. Porastaj�cych je zaro�li nie spotykali na kontynencie. Niekt�re wysepki by�y zwie�czone drzewami, na innych ros�y kwiaty, jeszcze inne pozostawa�y ja�owymi, skalnymi garbami.

   Niekiedy wydawa�o si�, �e ��d� zawadzi o podwodne rafy opasuj�ce wysepki, ale jak dot�d pr�d zawsze j� szcz�liwie znosi� w ostatnim momencie. Po prawej burcie rozci�ga� si� bezkresny ocean, tu i �wdzie upstrzony z�owrogimi z wygl�du kszta�tami, o kt�rych naturze Gren i Yattmur nie mieli jeszcze poj�cia. Beznadziejno�� ich po�o�enia, jak r�wnie� jego zagadkowo�� ci��y�a ludziom, nawet przywyk�ym do po�ledniejszego miejsca w �wiecie.

   Jakby nie do�� mieli k�opot�w, podnios�a si� mg�a, otulaj�c ��d� i kryj�c przed nimi wszystkie widoki.

    - Nigdy nie widzia�am takiej g�stej mg�y - powiedzia�a Yattmur, kt�ra stoj�c przy swym partnerze, wygl�da�a za burt�.

    - Ani tak zimnej - doda� Gren. - Zauwa�y�a�, co si� dzieje ze s�o�cem?

   W g�stniej�cej mgle nic ju� nie by�o wida� pr�cz morza tu� przy burcie, ogromnego, czerwonego s�o�ca zwieszonego nisko nad wod� w stronie, z kt�rej p�yn�li, oraz nadbiegaj�cego po falach promienia �wiat�a. Yattmur przytuli�a si� do Grena.

   - Zazwyczaj s�o�ce �wieci�o wysoko nad nami - powiedzia�a. - Teraz wodny �wiat grozi mu po�kni�ciem.

    - Grzybie, co si� dzieje, kiedy s�o�ce odchodzi? - zapyta� Gren.

    - Kiedy s�o�ce odchodzi, wtedy jest ciemno - zabrz�cza� smardz i doda� z delikatn� ironi�: - Co sobie sam mog�e� wydedukowa�. Wkroczyli�my w krain� wiecznego zachodu s�o�ca i pr�d znosi nas coraz dalej i dalej w jej g��b.

   Przemawia� pow�ci�gliwie, ale i tak Grena przebieg�o dr�enie ze strachu przed nieznanym. Przylgn�� bli�ej do Yattmur i oboje nie spuszczali oka ze s�o�ca, przy�mionego i powi�kszonego w ci�kim od wilgoci powietrzu. Kiedy tak trwali przytuleni, jeden z widmowych kszta�t�w, widocznych po prawej burcie, leg� mi�dzy �odzi� a s�o�cem, wygryzaj�c z niego wielki, poszczerbiony kawa�. Prawie jednocze�nie mg�a zg�stnia�a i s�o�ce znik�o z pola widzenia.

   - Ooooch! Aaaach! - podnios�y krzyk przera�enia brzunio - brzuchy Tuli�y si� do siebie w kupie zeschni�tych li�ci na rufie, ale teraz pop�dzi�y na dzi�b do Grena i Yattmur. O pot�ny panie, o tw�rczyni przek�adanek! - wo�a�y, �api�c ich za r�ce. - Ca�y ten pot�ny wodnisty p�yn�cy �wiat to za du�o z�a, za du�o z�a, poniewa� odp�yn�li�my i stracili�my ca�y �wiat. �wiat znikn�� przez to, �e �le p�yniemy, musimy szybko dobrze pop�yn��, by go odzyska�. - Ich d�ugie ow�osienie l�ni�o od wilgoci, przewraca�y oczyma w dzikim przera�eniu. Wykrzykiwa�y swoje niedole, podskakuj�c przy tym jak pi�ki. - Jakie� stworzenie zjad�o s�o�ce, o wielki Pasterzu!

   - Przesta�cie si� g�upio wydziera� - powiedzia�a Yattmur. - Boimy si� tak samo jak wy.

   - Nie, nie tak samo! - zawo�a� ze z�o�ci� Gren, odtr�caj�c od siebie ich lepkie d�onie. - Nikt nie potrafi ba� si� tak jak oni, poniewa� oni si� boj� zawsze. Trzymajcie si� z dala, brzunio - brzucho - beksy! S�o�ce wyjdzie znowu, gdy mg�a opadnie.

   - Dzielny okrutny Pasterzu - zawo�a�o kt�re� ze stworze�. - Ukry�e� s�o�ce, by nas przerazi�, bo nas ju� nie kochasz, chocia� my szcz�liwie radujemy si� twoimi kochanymi razami i szcz�liwymi dobrymi z�ymi s�owami! Ty...

   Gren waln�� je, zadowolony, �e mo�e si� wy�adowa�. Nieborak odskoczy� z piskiem. Jego towarzysze natychmiast rzucili si� na niego, poszturchuj�c go za brak zadowolenia z pot�nych raz�w, jakimi zosta� zaszczycony przez swego pana. Yattmur skoczy�a mu na pomoc i wtedy wszystkich zwali� z n�g pot�ny wstrz�s. Pok�ad przechyli� si� ostro i potoczyli si� razem, ca�� sz�stk�, na kup�. Obsypa�y ich skorupy przezroczystej substancji. Yattmur wysz�a z tego bez szwanku. Podnios�a jeden od�amek. Kiedy go ogl�da�a, w skorupie zasz�a zmiana: skurczy�a si�, zostawiaj�c tylko miniaturow� ka�u�� wody w jej d�oni. Yattmur patrzy�a na to zaskoczona. Nad dziobem �odzi wznosi�a si� �ciana tej samej szklistej substancji.

   - Aha, z�apa�a nas g�ra mg�y - rzek�a w ot�pieniu, zdaj�c sobie spraw�, �e uderzyli w jeden z widmowych kszta�t�w, kt�re widzieli na morzu.

   Gren poderwa� si� i uciszy� g�o�ne protesty brzunio - brzucho - ludzi. W dziobie �odzi ujrza� g��bokie rozdarcie, przez kt�re s�czy� si� niewielki strumyczek wody. Wspi�� si� na burt� i rozejrza�. Ciep�y pr�d zni�s� ich prosto na wielk� szklist� g�r�, kt�ra sprawia�a wra�enie, �e unosi si� na falach. Erozja utworzy�a w niej pochy�� p�k� na poziomie wody. Tam w�a�nie, na t� lodow� pla��, zostali wepchni�ci i ona to utrzymywa�a strzaskany dzi�b �odzi cz�ciowo nad wod�.

   - Nie zatoniemy - uspokoi� Yattmur - bo mamy pod sob� wyst�p skalny. Ale ��d� jest do niczego, zatonie bez tego oparcia.

   Istotnie, nabiera�a stale wody, o czym �wiadczy�y j�ki brzunio - brzuch�w.

   - Co mo�emy zrobi�? - zapyta�a Yattmur. - Powinni�my byli chyba zosta� na wyspie wysokiej ska�y?

   Gren niezdecydowany rozejrza� si� doko�a. Nad pok�adem zwisa� ogromny rz�d czego� na kszta�t d�ugich, ostrych z�b�w, jakby mia� za chwil� przegry�� statek na p�. Wp�yn�li prosto w paszcz� szklanego potwora! Jej wn�trze majaczy�o mgli�cie w zasi�gu r�ki, roztaczaj�c przed ich oczyma ornament b��kitno - zielonych linii i powierzchni, z kt�rych cz�� osza�amia�a mordercz� pi�kno�ci�, l�ni�c pomara�czowo w ci�gle schowanym przed nimi s�o�cu.

    - Lodowa bestia szykuje si�, by nas po�re�! - wrzasn�y brzunio - brzuchy, rozbiegaj�c si� po pok�adzie. - Och, och, nasza �mier� si� rozgrzewa, by nas wch�on�� lodowato zimnymi przebrzyd�ymi mro�nymi szcz�kami.

   - L�d! - wykrzykn�a Yattmur. - Tak! Jakie to dziwne, �e te g�upawe brzunio - beksy Rybiarze podsun�y nam wyja�nienie. Gren, ta substancja nazywa si� lodem. Na bagnistych terenach nad D�ug� Wod�, gdzie �y�y brzunie, ros�y male�kie kwiatki zwane mrozinizinkami. Te rozkwitaj�ce w cieniu kwiaty wytwarza�y w pewnych porach l�d do przechowania swoich nasion. Kiedy by�am ma�� dziewczynk�, chadza�am na bagna po te lodowe krople i ssa�am je.

    - Teraz ta wielka lodowa kropla nas ssie - powiedzia� Gren, kt�remu zimna woda ze sklepienia na g�rze zalewa�a twarz. - Co robimy, grzybie?

   - Musimy poszuka� innego miejsca, to jest niebezpieczne - zabrz�cza� smardz. - Je�li ��d� ze�li�nie si� z lodowej p�ki, uton� wszyscy pr�cz ciebie, bo ��d� zatonie, a tylko ty umiesz p�ywa�. Musisz natychmiast opu�ci� ��d�, zabieraj�c ze sob� brzunio - brzuchy

   - S�usznie! Yattmur, kochanie, przele� na l�d, a ja pop�dz� za tob� tych czterech g�upk�w.

   Czterech g�upk�w ani my�la�o opu�ci� ��d�, chocia� do po�owy znajdowa�a si� ju� pod wod�. Kiedy Gren dar� si� na nich, odskakiwali i rozpraszali si�; gdy podchodzi�, umykali; gdy pr�bowa� ich �apa�, wywijali si� z piskiem w biegu.

    - Ratuj nas! Oszcz�d� nas, o Pasterzu! Co�my cztery nieszcz�sne, plugawe kupy kompostu zrobili, �e pragniesz nas rzuci� lodowej bestii? Ratunku! Pomocy! �e te� byli�my tak ohydni, �e chcesz nas tak potraktowa�!

   Gren skoczy� na najbli�szego i najbardziej w�ochatego osobnika; ten da� drapaka, �e tylko piersi mu zadynda�y. - Nie mnie, wielki, okrutny duchu! Zabij tamtych trzech, kt�rzy ci� nie kochaj�, ale nie mnie, kt�ry kocha ciebie... Gren podstawi� mu nog�. Brzunio - brzuch run��, g�os przeszed� mu w pisk, kt�ry si� urwa� nagle, gdy wlecia� g�ow� do wody. Gren siad� na� b�yskawicznie i jaki� czas taplali si� w lodowatej wodzie, dop�ki nie z�apa� go mocno za sk�r� i w�osy na karku i wyci�gn�wszy be�koc�ce stworzenie, si�� powl�k� do burty �odzi. Pod�wign�� go i przewali� na drug� stron�, a jego szlochy zaton�y w ka�u�ach u st�p Yattmur. Przera�eni tym pokazem si�y pozostali trzej brzunio - brzusie wyle�li potulnie z k�t�w i dzwoni�c z�bami ze strachu i z zimna, dali si� wprowadzi� w trzewia lodowej bestii. Gren poszed� w ich �lady. Przez chwil� stali w sz�stk�, zagl�daj�c do groty, kt�ra przynajmniej dla czworga z nich by�a gigantycznym gard�em.

   Co� jak gdyby dzwonienie za ich plecami sprawi�o, �e si� odwr�cili. Jeden z lodowych k��w wisz�cych u g�ry p�k� i zlecia�. Uderzy� sztorcem w drewno pok�adu jak sztylet, po czym obsun�� si� na bok i rozsypa� na kawa�ki. D�wi�k znacznie g�o�niejszy dobieg� spod �odzi, jak odzew na dane has�o. Ca�a p�ka, na kt�rej spoczywa�a ��d�, si� od�ama�a. Przed ich oczyma przesun�a si� kraw�d� cienkiego j�zyka lodu. Nim pogr��y�a si� w wodzie, ciemny nurt zabra� ich ��d�. Obserwowali, jak znika, nabieraj�c gwa�townie wody. Przez pewien czas byli w stanie j� �ledzi�: mg�a si� nieco unios�a i s�o�ce jeszcze raz wymalowa�o pr�g� zimnego ognia na powierzchni oceanu. Gren i Yattmur odwr�cili si� w kra�cowym przygn�bieniu. Po znikni�ciu �odzi pozostali dos�ownie i w przeno�ni na lodzie.

   Ruszyli w jedynym mo�liwym kierunku, wspinaj�c si� lodowym tunelem, a cztery brzunio - brzuchy w milczeniu pod��a�y za nimi. Przebrn�li przez zimne ka�u�e i uwi�li w�r�d lodowego szalunku, w kt�rym ka�dy d�wi�k odbija� si� i wielokrotnia� szalonym echem. Z ka�dym krokiem d�wi�k pot�nia�, a tunel si� kurczy�.

    - O duchy, nienawidz� tego miejsca! Lepiej by�o zgin�� wraz z �odzi�. Jak daleko jeszcze mo�emy si� posuwa�? zapyta�a Yattmur, widz�c, �e Gren si� zatrzyma�.

   - Ani kroku - powiedzia� ponuro. - Doszli�my do �lepego zau�ka. Jeste�my w pu�apce.

   Kilka wspania�ych lodowych sopli zwisa�o prawie do ziemi, barykaduj�c im drog� r�wnie skutecznie jak opuszczona w bramie twierdzy krata. Za t� palisad� wznosi�a si� p�aska tafla lodu.

    - Wieczne k�opoty, wieczne trudno�ci, wiecznie jakie� nowe zagro�enie! - zawo�a� Gren. - Cz�owiek to wielka omy�ka, w przeciwnym razie �wiat by�by lepiej dla niego urz�dzony!

    - Ju� ci m�wi�em, �e cz�owiek jest �lepym przypadkiem zabrz�cza� smardz.

   - Byli�my szcz�liwi, nim zacz��e� si� wtr�ca� - odpar� Gren.

   - Do tego czasu by�e� jarzyn�!

   Rozw�cieczony t� szpil� Gren z�apa� za jeden z wielkich sopli i szarpn��. Urwa� go gdzie� ponad swoj� g�ow� i niczym w��czni� cisn�� nim w �cian� lodu.

   Rozdzwoni�y si� dokuczliwe kuranty, gdy ca�a �ciana rozprys�a si� od uderzenia. L�d spada�, kruszy� si�, prze�lizgiwa� im ko�o n�g, ca�a na p� stopiona kurtyna celebrowa�a sw�j upadek szybk� dezintegracj�. Ludzie przykucn�li, os�aniaj�c g�owy, a wok� nich ca�a g�ra lodowa jak gdyby si� zapad�a.

   Kiedy ucich� �oskot, podnie�li oczy. Za powsta�� szczelin� ujrzeli zupe�nie nowy �wiat. Schwytana w przybrze�ne wiry g�ra lodowa spocz�a u brzeg�w wysepki, gdzie w obj�ciach niewielkiej zatoczki sp�ywa�a strumieniami �ez do wody. Chocia� wyspa nie wygl�da�a na bardzo go�cinn�, ludzie ch�on�li widok zieleni z rzadka rozsianej na l�dzie, uczepionych wysepki kwiat�w i pojemnik�w nasiennych chwiej�cych si� w powietrzu na wysokich �odygach. Tutaj mogli rozkoszowa� si� gruntem pod nogami, kt�ry nie ko�ysa� si� bez ustanku. Nawet brzunio - brzuchy powesela�y chwilowo. Z cichymi okrzykami rado�ci ruszy�y za Yattmur i Grenem wok� lodowej p�ki, pragn�c jak najpr�dzej znale�� si� pod owymi kwiatami. Bez wi�kszych opor�w przekroczy�y w�ski przesmyk ciemnob��kitnej wody i tak oto wszyscy wgramolili si� bezpiecznie na brzeg.

   Wysepka z pewno�ci� nie by�a rajem. Pokrywa�y j� sp�kane ska�y i g�azy. Ale jej zalet� stanowi�y mikroskopijne rozmiary: by�a zbyt ma�a, by ugo�ci� wi�ksze gatunki gro�nych ro�lin, jakie pleni�y si� na kontynencie; z mniejszymi Gren i Yattmur potrafili sobie poradzi�. Ku rozczarowaniu brzunio - brzuch�w nie ros�o tutaj �adne brzunio - drzewo, do kt�rego mogliby si� przyczepi�. Ku rozczarowaniu smardza nie ros�o nic z jego gatunku. Chocia� bardzo pragn�� zaw�adn�� Yattmur i brzunio - brzuchami tak jak Grenem, mia� jeszcze zbyt ma�� mas�, by sobie na to pozwoli�, i bardzo liczy� na pomoc pobratymc�w. Ku rozczarowaniu Grena i Yattmur nie zamieszkiwali wysepki �adni ludzie, do kt�rych mogliby si� przy��czy�. Za rekompensat� mieli strumie� czystej wody, kt�ry spada� ze ska�y, pluszcz�c w�r�d wielkich kamieni, jakie pokrywa�y znaczn� cz�� powierzchni wysepki. Najpierw us�yszeli szmer, a potem go dostrzegli. Male�ki potok opada� kaskad� na sp�achetek pla�y i dalej do morza. Pu�cili si� do niego biegiem po piasku, pili na miejscu, nie fatyguj�c si� na g�r�, gdzie woda by�a mniej s�ona. Opici, nabekawszy si� do woli, wzi�li k�piel, chocia� ch��d nie zach�ca� do d�u�szego przebywania w wodzie. No i rozgo�cili si� jak w domu.

   Mieszkali ju� pewien czas na wysepce i byli zadowoleni. W tym kr�lestwie wiecznego zachodu s�o�ca panowa� ch��d, wi�c sprokurowali sobie lepsze okrycia z li�ci i p�o��cego si� mchu, owi�zuj�c go ciasno wok� cia�a. Mg�y spowija�y ich od czasu do czasu, ale potem znowu �wieci�o s�o�ce, nisko nad morzem. Czasami spali, czasami wylegiwali si� na zwr�conych do s�o�ca ska�ach, leniwie pojadaj�c owoce i s�uchaj�c j�k�w przep�ywaj�cych w pobli�u g�r lodowych. Czw�rka brzunio - brzuch�w zbudowa�a sobie prymitywny sza�as w pewnej odleg�o�ci od Grena i Yattmur, kt�ry zawali� im si� kiedy� podczas snu. Potem sypiali pod go�ym niebem, w kupie li�ci, i tak blisko swoich pan�w, na ile im Gren zezwoli�.

   Dobrze by�o znowu cieszy� si� szcz�ciem. Kiedy Yattmur kocha�a si� z Grenem, brzunio - brzuchy skaka�y woko�o i �ciska�y si� w podnieceniu, chwal�c zmy�lno�� swego pana i jego przek�adankowej pani. Wielkie pojemniki nasienne grzechota�y im ponad g�owami. W dole biega�y ro�linne odpowiedniki jaszczurek. W powietrzu trzepota�y sercowate motyle o szerokich skrzyd�ach, �yj�ce z fotosyntezy �ycie toczy�o si� bez przerywnik�w zmroku i �witu. Panowa�a gnu�no��, rz�dzi� spok�j. Ludzie z ukontentowaniem wtopiliby si� w ten schemat, gdyby nie smardz.

    - Nie mo�emy tu zosta�, Gren - powiedzia� pewnego razu grzyb, kiedy Gren i Yattmur obudzili si� z przyjemnego snu. - Dosy� wypoczywali�cie, nabrali�cie ju� si�. Musimy zn�w rusza� w drog�, by odnale�� wi�cej ludzi i za�o�y� w�asne kr�lestwo.

   - Bzdury pleciesz, grzybie. Stracili�my ��d�. Musimy zosta� na zawsze na tej wyspie. Mo�e jest i ch�odna, ale widzieli�my gorsze miejsca. Zosta�my tutaj w zadowoleniu.

   Brodzi� wraz z dziewczyn� na golasa w sadzawkach, kt�re potworzy�y si� mi�dzy wielkimi, kanciastymi blokami kamienia na szczycie wysepki. �ycie by�o s�odkie i leniwe. Yattmur wymachiwa�a �licznymi nogami, wy�piewuj�c kt�r�� ze swych pasterskich piosenek; Gren ze wstr�tem s�ucha� pos�pnego g�osu wewn�trz czaszki. Coraz bardziej uosabia� on co�, czego nie cierpia�. Ich milcz�c� konwersacj� przerwa� pisk Yattmur. Jaka� niby - d�o� z sze�cioma napuchni�tymi paluchami schwyci�a j� za kostk�. Gren rzuci� si� i oderwa� bez trudno�ci to co�, co szarpa�o si� ca�y czas, kiedy je ogl�da�.

   - G�upia jestem, �e narobi�am krzyku - powiedzia�a Yattmur. - To po prostu jeszcze jedno z owych stworze�, kt�re brzunio - brzuchy nazywaj� pe�zo�apami. Przyp�ywaj� z morza na l�d. Brzunio - brzuchy to �api�, roz�upuj� i zjadaj�. Te stwory s� �ykowate, ale s�odkie w smaku.

   Palce by�y szare i bulwiaste, pomarszczone i niesamowicie zimne. Wygina�y si� powoli w uchwycie Grena. W ko�cu odrzuci� stworzenie na brzeg, sk�d czmychn�o w traw�.

   - Pe�zo�apy przyp�ywaj� z morza i zagrzebuj� si� w ziemi. Obserwowa�am je - poinformowa�a go Yattmur.

   Gren nic nie powiedzia�.

   - Masz jakie� zmartwienie? - zapyta�a.

   - Nie - rzek� apatycznie, nie chc�c przed ni� zdradza�, �e smardz �yczy sobie, aby zn�w wyruszyli.

   Osun�� si� sztywno na ziemi� jak stary cz�owiek. Chocia� j� to zaniepokoi�o, st�umi�a w sobie obawy i wr�ci�a do k�pieliska. Jednak od owego zdarzenia stale wyczuwa�a, �e Gren odsuwa si� od niej, coraz bardziej zamykaj�c si� w sobie, i wiedzia�a, �e to wina smardza.

   Gren obudzi� si� z ich kolejnego wsp�lnego snu i zasta� w swym umy�le ju� zniecierpliwionego smardza.

   - P�awisz si� w lenistwie. Musimy co� zrobi�.

    - Nam tu dobrze - odpar� pos�pnie Gren. - Poza tym, jak m�wi�em, nie mamy �odzi, by dotrze� do wielkiego l�du.

   - �odzie nie s� jedynym sposobem przekraczania m�rz powiedzia� grzyb.

   - Och, przesta�e si� m�drzy�, grzybie, bo nas zam�czysz na �mier�. Daj nam spok�j. Jeste�my tutaj szcz�liwi. - Szcz�liwi! Jasne! Wypu�ci�by� korzenie i li�cie, gdyby� m�g�. Gren, nie masz poj�cia, co to jest �ycie! M�wi� ci, �e przed tob� s� wielkie przyjemno�ci i szanse, je�li tylko mi pozwolisz, bym ci dopom�g� po nie si�gn��.

    - Odczep si�! Nie wiem, o czym m�wisz.

   Zerwa� si�, jakby chcia� uciec przed smardzem. Ale grzyb przyku� go do miejsca. Ca�� swoj� energi� wy�adowa� Gren w falach nienawi�ci do grzyba - bezskutecznie jednak, bo g�os w jego g�owie nie milk�:

   - Skoro nie chcesz zosta� moim partnerem, musisz by� moim niewolnikiem. ��dza wiedzy wygas�a w tobie ca�kowicie, b�dziesz wi�c reagowa� na rozkazy, nie na obserwacje.

   - Nie wiem, o czym m�wisz! - wykrzykn�� na g�os Gren, budz�c Yattmur; usiad�a i wpatrywa�a si� w niego w milczeniu.

   - Przegapiasz tak wiele! - us�ysza� smardza. - Ja widz� tylko za po�rednictwem twoich zmys��w, a jednak to ja bior� na siebie trud analizowania zjawisk i dochodzenia, co si� za nimi kryje. Nie potrafisz w og�le wykorzysta� swoich informacji, podczas gdy ja rozumiem wiele. Moja jest droga do pot�gi. Rozejrzyj si� jeszcze raz wok� siebie! Przypatrz si� tym kamieniom, po kt�rych tak beztrosko st�pasz!

   - Zje�d�aj! - ponownie wykrzykn�� Gren i w jednej chwili zgi�� si� wp� z b�lu.

   Yattmur podbieg�a do niego i ujmuj�c go za g�ow�, pr�bowa�a ukoi�. Zajrza�a mu w oczy. Brzunio - brzuchy podesz�y w milczeniu i stan�y za ni�.

    - To ten magiczny grzyb, prawda? - zapyta�a.

   Kiwn�� g�ow� bez s�owa. W jego o�rodkach nerwowych �ciga�y si� widma ognia wypalaj�ce bolesny ton w ciele. Dop�ki to trwa�o, ledwo m�g� si� poruszy�. W ko�cu wszystko przemin�o i Gren bezradnie powiedzia�:

    - Musimy pom�c grzybowi. Chce, aby�my dok�adniej zbadali te kamienie.

   Podni�s� si�, dr��c na ca�ym ciele, by zrobi� to, czego od niego ��dano. Yattmur sta�a przy nim, ze wsp�czuciem dotykaj�c jego ramienia.

   - Po ich zbadaniu na�apiemy w sadzawce ryb i zjemy z owocami - powiedzia�a, objawiaj�c kobiecy zmys� niesienia pociechy tam, gdzie jest potrzebna.

   Gren wyrazi� swoj� wdzi�czno�� ukradkowym spojrzeniem. Wielkie kamienie od pocz�tku stanowi�y element naturalnego pejza�u. Tam, gdzie przep�ywa� w�r�d nich potok, tkwi�y w b�ocie i �wirze. Porasta�a je trawa i turzyca, w wielu miejscach przykrywa�a gruba warstwa ziemi. Miejsce to szczeg�lnie obfitowa�o w kwiaty, kt�re swoje pojemniki nasienne trzyma�y wysoko na d�ugich tykach; widzieli je z g�ry lodowej, a Yattmur na w�asny u�ytek nazwa�a owe ro�liny szczud�akami, na d�ugo przed tym, nim zda�a sobie spraw�, jak odpowiednia to nazwa. Po kamieniach pe�za�y korzenie szczud�ak�w, niby sploty zdrewnia�ego w�a.

   - Niech licho we�mie te korzenie - gdera�a Yattmur. Wsz�dzie ich pe�no!

   - Jakie to dziwne, wrastaj� tak samo w korzenie drugiej ro�liny jak w grunt - abstrakcyjnie powiedzia� Gren. Przykucn�� przy rozwidleniu dw�ch korzeni, z kt�rych ka�dy nale�a� do innej ro�liny. Od wsp�lnego w�z�a opada�y po kamiennym bloku do nieregularnej szczeliny mi�dzy kamieniami i schodzi�y w g��b ziemi.

    - Mo�esz si� tam wcisn��. Nic z�ego ci si� nie stanie powiedzia� smardz. - Wle� mi�dzy kamienie i zobacz, co tam wida�.

   Echo bolesnego tonu odezwa�o si� ponownie w uk�adzie nerwowym Grena. Opu�ci� si� w d� mi�dzy bloki, tak jak mu kazano, zwinnie niby jaszczurka - mimo ca�ej niech�ci. Macaj�c ostro�nie, stwierdzi�, �e spoczywaj� one na innych blokach, a tamte na kolejnych. Le�a�y lu�no - w�owymi ruchami by� w stanie opuszcza� si� mi�dzy ich ch�odne �ciany. Yattmur post�powa�a za nim, osypuj�c mu na ramiona delikatny deszcz piachu. Po przeczo�ganiu si� w d� na g��boko�� pi�ciu blok�w Gren osi�gn�� twardy grunt. Yattmur przyby�a r�wnocze�nie z nim.

   Teraz mogli posuwa� si� w poziomie, �ci�ni�ci mi�dzy kamiennymi powierzchniami. Kieruj�c si� ku prze�witowi, w�r�d ciemno�ci trafili na obszern� przestrze�, wystarczaj�co rozleg��, by rozprostowa� ramiona.

   - Czuj� zapach ciemno�ci i ch�odu i boj� si� - powiedzia�a Yattmur. - Po co tw�j grzyb nas tu �ci�gn��? Co ma do powiedzenia o tym miejscu?

   - Jest podekscytowany - odpar� Gren, nieskory przyzna�, �e smardz si� z nim nie komunikuje.

   Stopniowo zaczynali widzie� coraz lepiej. Grunt u g�ry musia� si� obsun��, bo �r�d�em �wiat�a by�o s�o�ce, kt�re wciskaj�c si� przez szczeliny mi�dzy kamieniami, zapuszcza�o tu w�ski, sonduj�cy promie�. W jego �wietle zobaczyli metal i otw�r na swej drodze. Dawno temu, kiedy run�y owe kamienie, zosta�a ta szczelina. Jedynymi �ywymi stworzeniami opr�cz nich by�y tutaj korzenie szczud�aka, wkr�caj�ce si� w gleb� jak skamienia�e �mije.

   Za namow� smardza Gren pogrzeba� w piachu u swych st�p. Znowu metal, kamie� i ceg�y, przewa�nie nie do poruszenia. Gmera� i szarpa�, a� uda�o mu si� wyrwa� jakie� po�amane kawa�ki urz�dze� kanalizacyjnych, a nast�pnie pasek metalu r�wny jego wysoko�ci. Jeden koniec paska by� poszarpany, na pozosta�ej cz�ci widnia� szereg oddzielnych znak�w uk�adaj�cych si� we wz�r: "EEHGNIRWO"

    - To jest pismo - wyszepta� smardz - znak cz�owieka, kiedy by� on pot�ny na �wiecie, niezliczone wieki temu. Jeste�my na jego tropie. To musia�y by� kiedy� jego budynki. Gren, wle� dalej w ten ciemny otw�r i zobacz, co si� jeszcze uda znale��.

   - Tam jest ciemno! Nie mog� tam wej��. - Le� dalej, m�wi� ci.

   Pod szczelin� po�yskiwa�y niewyra�nie szklane skorupy. Zbutwia�e drewno odpada�o zewsz�d, gdziekolwiek si� Gren uczepi� r�k�. Tynk osypywa� mu si� na g�ow� podczas przeprawy. Na ko�cu szczeliny znajdowa� si� uskok. Gren zjecha� po osypisku gruzu do pomieszczenia, kalecz�c si� szk�em po drodze. Yattmur, znajduj�ca si� po drugiej stronie, pisn�a trwo�liwie. W odpowiedzi zawo�a� do niej �agodnie, by jej doda� otuchy, sam przyciskaj�c d�o� do serca, aby je uspokoi�.

   Z l�kiem rozejrza� si� doko�a w ca�kowitej niemal ciemno�ci. Nic si� nie poruszy�o. Zalega�a tu cisza, g�sta a� do przesycenia, bardziej od d�wi�ku z�owieszcza, bardziej przera�aj�ca ni�li strach. Przez chwil� sta� jak sparali�owany, dop�ki go smardz nie poruszy�. Po�owa sklepienia zawali�a si�. Metalowe belki i ceg�y zamieni�y pomieszczenie w labirynt. Nie przystosowane oko Grena nie potrafi�o nic wychwyci�. D�awi� go wiekowy zaduch tego miejsca.

    - W rogu. Kwadratowy przedmiot. Id� tam - rozkaza� smardz, pos�uguj�c si� jego wzrokiem.

   Gren ruszy� w r�g po przek�tnej, z oci�ganiem i ostro�nie. Co� czmychn�o spod jego n�g w przeciwnym kierunku, ni� si� posuwa�; dostrzeg� sze�� grubych palc�w i rozpozna� pe�zo�apa, takiego samego jak tamten, kt�ry schwyci� Yattmur za kostk�. Nad nim zamajaczy�a kwadratowa skrzynia, trzykrotnie od niego wy�sza; jej frontow� �cian� zdobi�y trzy metalowe p�pier�cienie. M�g� dosi�gn�� tylko najni�szego z tych p�pier�cieni, kt�re, jak pouczy� go smardz, by�y uchwytami. Szarpn�� nim pos�usznie. Pu�ci�o na szeroko�� d�oni i zaci�o si�.

   - Ci�gnij, ci�gnij, ci�gnij! - bucza� grzyb.

   Z narastaj�c� w�ciek�o�ci� Gren ci�gn��, a� grzechota�o ca�e pud�o, lecz to, co smardz okre�li� mianem szuflady, nie chcia�o si� wysun�� dalej. Ci�gn�� jednak i trz�s� wysok� skrzyni�. Z g�ry co� si� zsun�o. Z wysoka, sponad g�owy Grena, zlecia�o z hukiem co� pod�u�nego. Kiedy uskakiwa�, spad�o na pod�og� za jego plecami, wznosz�c tuman kurzu.

   - Gren! Nic ci si� nie sta�o? Co ty tam robisz na dole? Wychod�!

   - Tak, tak, ju� id�! Grzybie, nigdy nie otworzymy tego idiotycznego, podobnego do skrzynki przedmiotu.

   - Co to za przedmiot, kt�ry prawie nas uderzy�? Zbadaj to i poka� mi. By� mo�e to bro�. Gdyby tylko uda�o si� nam znale�� co�, co nam pomo�e...

   To, co spad�o, by�o w�skie, d�ugie i zw�one ku ko�com jak zgniecione nasienie pud�op�onu. Materia�, z kt�rego ten przedmiot zosta� zrobiony, mia� mi�� w dotyku powierzchni�, ale nie zimn� jak metal. Smardz orzek�, �e to pojemnik. Kiedy odkry�, �e Gren mo�e to stosunkowo �atwo unie��, wpad� w podniecenie.

   - Musimy zabra� ten pojemnik na powierzchni� - powiedzia�. - Mo�esz go wci�gn�� na g�r�. Zbadamy pojemnik w dziennym �wietle i zobaczymy, co zawiera.

   - Ale jak ta rzecz mo�e nam pom�c? Czy zabierze nas na kontynent?

   - Nie spodziewa�em si�, �e tu na dole znajdziemy ��d�. Nie ma w tobie za grosz ciekawo�ci? Ten przedmiot jest znakiem pot�gi. No, rusz si�! Jeste� g�upi jak brzunio - brzuch.

   Bole�nie dotkni�ty t� ordynarn� zniewag� Gren przebrn�� przez gruzy na czworakach. Yattmur trzyma�a si� go, ale za nic w �wiecie nie dotkn�aby trzymanej przez niego ��tej skrzynki. Przyciskaj�c si� genitaliami, poszeptali chwil� dla nabrania si�, po czym - to wlok�c, to pchaj�c przodem pojemnik - wydostali si� mi�dzy warstwami zwalonego kamienia na �wiat�o dzienne.

   - Uff! Nie ma jak bia�y dzie� - wymamrota� Gren, wdrapuj�c si� na ostatni blok.

   Kiedy podrapani i poobijani wy�onili si� w zamglonej przestrzeni, przygalopowa�y brzunio - brzuchy z wywieszonymi w uldze j�zykami. Ta�czy�y woko�o swych pa�stwa, podnosz�c wrzaw� skarg i wyrzut�w z powodu ich nieobecno�ci.

   - Zabij nas, prosimy bardzo, okrutny panie, zanim zn�w wskoczysz w usta ziemi! Wymorduj nas nikczemnym mordem, zanim zostawisz nas samych do walki w nieznanych walkach samotnie!

   - Macie za grube brzuchy, aby przecisn�� si� z nami na d� t� szczelin� - powiedzia� Gren, ogl�daj�c markotnie swoje skaleczenia. - Je�li tak si� cieszycie z naszego widoku, to prosz�, przynie�cie co� do zjedzenia.

   Oboje z Yattmur obmyli zadrapania i siniaki w potoku, po czym ca�� uwag� Grena zaprz�tn�� pojemnik. Kucn�wszy przy nim, obr�ci� go ostro�nie kilka razy By�o co� niesamowitego w jego symetrii, kt�ra Grena trwo�y�a. Brzunio - brzuchy najwyra�niej czu�y to samo.

    - Ten w dotyku bardzo dziwny kszta�t jest dziwnym z�ym kszta�tem do dotykania - j�kn�� kt�ry� z nich, podskakuj�c w miejscu. - Prosz� go tylko dotkn��, �eby wyrzuci� w pluszcz�cy wodny �wiat.

   Przylgn�� do swych towarzyszy i wszyscy razem spogl�dali w d� w g�upkowatym podnieceniu.

   - To sensowna rada - odezwa�a si� Yattmur, lecz pod presj� smardza Gren usiad� i wzi�� pojemnik mi�dzy stopy i d�onie. Badaj�c pud�o, wyczuwa�, �e grzyb przechwytuje jego wra�enia w chwili, gdy docieraj� do m�zgu; dreszcze przebiega�y mu po krzy�u.

   Na wierzchu pojemnika znajdowa� si� jeden z owych ornament�w, kt�re smardz nazywa� pismem. Ten wygl�da� jak SZCZEKACZKA albo AKZCAKEZCZS, w zale�no�ci od tego, z kt�rej strony si� patrzy�o, a za nim sz�o kilka rz�d�w podobnych, lecz drobniejszych wzor�w. Gren zacz�� szarpa� i poszturchiwa� pojemnik. Nie otwiera� si�. Brzunio - brzuchy szybko straci�y zainteresowanie i gdzie� pow�drowa�y. Gren sam odrzuci�by t� rzecz w krzaki, gdyby go smardz nie przytrzyma� przy niej, naciskaj�c i ponaglaj�c. Przesuwa� palcami wzd�u� jednego z bok�w, gdy nagle odskoczy�o wieko. Gren i Yattmur spojrzeli na siebie pytaj�co, a nast�pnie opu�cili spojrzenia na przedmiot w pojemniku, przykucn�wszy w kurzu i z l�kiem w oczach. By� on z takiego samego co pojemnik jedwabistego ��tego materia�u. Gren wydoby� go z respektem i umie�ci� na ziemi.

   Wydobycie z pude�ka zwolni�o spr�yn�: tr�jstronnie z�o�ony przedmiot, dopasowany do wymiar�w miejsca swego spoczynku, roz�o�y� nagle i�te skrzyd�a. Sta� mi�dzy nimi ciep�y, niezwyk�y i ambarasuj�cy Brzunio - brzuchy podpe�z�y z powrotem, by mu si� przyjrze�.

   - To jest jak ptak. - Grenowi brak�o tchu. - Czy rzeczywi�cie to nie wyros�o, czy mogli to zrobi� ludzie tacy jak my? - Jest takie g�adkie, takie... - Kiedy s�owa zawiod�y,

   Yattmur wyci�gn�a d�o� i pog�aska�a t� dziwn� rzecz. Nazwiemy to Pi�kno�ci� - powiedzia�a.

   Czas i wieloletnie oddzia�ywanie warunk�w atmosferycznych zniszczy�y pojemnik, ale skrzydlaty przedmiot prezentowa� si� jak nowy. Gdy d�o� dziewczyny przesun�a si� po jego powierzchni, zapadkowe wieczko ods�oni�o wn�trze. Czterech brzunio - brzuch�w da�o nog� w najbli�sze krzaki.

   Wykonane z dziwnych materia��w, metali i plastyk�w wn�trzno�ci ��tego ptaka stanowi�y cud dla oka. Znajdowa�y si� tam ma�e szpule, rz�d ga�ek, obwody wzmacniaj�ce l�ni�y jak labirynt cudownych jelit. Opanowana ciekawo�ci� dw�jka ludzi nachyli�a si�, r�ce same im si� wyci�gn�y. Przepe�nieni zdumieniem pozwolili swoim palcom, owym czterem palcom z przeciwstawnym kciukiem, kt�re tak daleko zawiod�y ich przodk�w, nacieszy� si� rozkosz� dotykania wy��cznik�w. Ga�ki strojenia da�y si� obraca�, wy��czniki zaskakiwa�y. Prawie bez szmeru Pi�kno�� oderwa�a si� od ziemi, zawis�a na poziomie ich oczu, unios�a nad g�owy. Krzykn�li w os�upieniu i odskoczyli do ty�u, �ami�c po drodze ��ty pojemnik. Pi�kno�ci by�o wszystko jedno. W glorii silnikowego nap�du kr��y�a nad nimi, b�yszcz�c bogato w s�o�cu. Osi�gn�wszy dostateczn� wysoko��, przem�wi�a.

    - Oczy�ci� �wiat dla demokracji! - zawo�a�a. G�os nie by� dono�ny, ale przenikliwy.

   - Ach, to m�wi! - krzykn�a Yattmur, z zachwytem spogl�daj�c na po�yskuj�ce skrzyd�a. Podniecone brzunio - brzuchy pojawi�y si�, wybiegaj�c na spotkanie Pi�kno�ci, pada�y na wznak ze strachu, kiedy przelatywa�a nad nimi, zatrzymywa�y si� zbite z tropu, gdy kr��y�a wok� nich.

   - Kt� zmontowa� katastrofalny strajk portowc�w w trzydziestym pierwszym?! - pyta�a retorycznie Pi�kno��. - Ci sami ludzie, kt�rzy was dzisiaj z przyjemno�ci� zakolczykuj�. Pomy�lcie o sobie, przyjaciele, i g�osujcie na nasz� parti�. G�osujcie za wolno�ci�!

   - O... czym to m�wi, grzybie? - zapyta� Gren.

   - M�wi o zak�adaniu ludziom k�ek w nosy - odpar� smardz, r�wnie jak Gren zbity z tropu. - To w�a�nie nosili ludzie, kiedy byli cywilizowani. S�uchaj i spr�buj si� czego� nauczy�.

   Pi�kno�� lata�a woko�o jednego z wysokich szczud�ak�w i z lekkim buczeniem emitowa�a okoliczno�ciowe slogany Uczucie, �e zdoby�a sojusznika, ogromnie podnios�o ludzi na duchu; przez d�ugie chwile stali z zadartymi g�owami, zapatrzeni i zas�uchani. Brzunio - brzuchy poklepywa�y si� po brzuchach zachwycone b�aze�stwami Pi�kno�ci.

   - Wracajmy i spr�bujmy wykopa� drug� zabawk� - zaproponowa�a Yattmur.

   - Grzyb m�wi nie - odpar� Gren po kr�tkim milczeniu. On chce, aby�my schodzili na d�, kiedy my nie chcemy; kiedy chcemy p�j��, on nie chce. Nie wiem, o co mu chodzi.

   - To� g�upi - odburkn�� smardz. - Ta ko�uj�ca Pi�kno�� nie zabierze nas na brzeg. Chc� si� zastanowi�. Musimy sobie sami poradzi�, chcia�bym si� przypatrzy� tym krzewom szczud�ak�w. Cicho b�d� i nic przeszkadzaj mi.

   Nie kontaktowa� si� z Grenem przez d�u�szy czas. Gren i Yattmur mogli znowu swobodnie k�pa� si� w sadzawce i zmy� podziemny brud z cia� i w�os�w, podczas gdy brzunio - brzuchy roz�o�yli si� w pobli�u prawie bez narzeka�, urzeczeni niezmordowanie kr���cym nad nimi ��tym ptakiem.

   Potem polowali za szczytem wysepki, z dala od kamiennych ruin. W g�rze Pi�kno�� ko�owa�a w �lad za nimi, wykrzykuj�c od czasu do czasu:

    - Nasza partia i dwudniowy tydzie� pracy!

nast�pny